niedziela, 26 marca 2017

Original Beans Femmes de Virunga 55% mleczna z Kongo


Jesienią zeszłego roku, gdy postanowiłam porządnie uzupełnić moje czekoladowe zapasy, zdecydowałam się na zakup całej (wówczas dostępnej) oferty Original Beans - co uczyniłam za pośrednictwem Smakowych Inspiracji. Swoje tabliczki odebrałam w rodzinnym mieście, co było dla mnie dużym udogodnieniem. Kolekcja Original Beans przeleżała u mnie całą zimę, bym w końcu u progu wiosny zdecydowała się na otwarcie którejś z tabliczek. Nadmienię, że wcześniej miałam już okazję dzięki Oldze wypróbować dwie czekolady tej wyjątkowej szwajcarskiej marki: Edel Weiss 40% oraz Grand Cru Blend No.I 80%. Bardzo mi zasmakowały i urzekły wysoką jakością - wiedziałam, że będą zadowolona z zakupów w Smakowych Inspiracjach. Przy okazji pisania dzisiejszej recenzji zajrzałam na ich stronę internetową i dostrzegłam, że ponownie dostępna jest długo nieobecna Papua Kerafat 68% - czas pomyśleć o kolejnych zakupach!

 Original Beans Femmes de Virunga to mleczna czekolada o 55% zawartości kakao forastero wyhodowanego przez kobiety-farmerki w Demokratycznej Republice Konga, pracujące na terenie Parku Narodowego Wirunga. Ten przepiękny park jest jednym z moich podróżniczych marzeń - wśród wulkanicznych terenów spotkać można niesamowite bogactwo roślin i zwierząt m.in. goryle górskie.


Błyszcząca, dość ciemna tabliczka rozpuszczała się prędko pod wpływem ciepła dłoni podczas dzieleniu na kostki. Prowokowała tym samym by w końcu zająć się smakowaniem czegoś, co od razu wydało się delikatne. Delikatne, lecz jednocześnie smakowite z charakterkiem - czekolada pachniała tłustym mlekiem, sianem i wilgotnymi orzechami. Był to przewrotnie wiejski i swojski zapach, jakby czekolada chciała ukryć swe afrykańskie korzenie.

Femmes de Virunga tworzyła w ustach tłuściutki, błotnisty film. Cudownie rozpuszczała się na języku, gładko i błotniście - tak, jak uwielbiam! Swą konsystencją na pewno uwiedzie każdego fana czekolady, zwłaszcza, że idzie za tym wypełnienie buzi feerią wyrazistych smaków. Oto w drewnianej maselnicy z świeżej śmietany ubijane jest masło. O tak, śmietankowo-maślany motyw jest tu bardzo wyrazisty, dodatkowo podkreślony jakby nutą soli, co momentalnie przywołuje na myśl skojarzenie z kozim mlekiem - tak zaskakująco częste w dobrych mlecznych czekoladach.


Pomyślałam o sielskiej wiosce, czy wręcz skansenie - powoli budzącym się poranku w wiejskiej scenerii. Drewniany, pachnący paradoksalnie przytulną wilgocią dom otoczony jest drzewami orzecha włoskiego, przez co wokół odnaleźć można mnóstwo orzechów, mokrych od porannej rosy. Gdzieś dalej rośnie leszczyna, a wokół obejścia rozłożono sporo niewielkich snopków aromatycznego siana. Na grządkach rosną zioła. Tak, jakież to cudne świeże masło doprawione ziołami, a także - delikatne masło orzechowe z nutą drewniano-zbożową. Niby łagodnie i swojsko, ale mimo wszystko dość... pierwotnie i na pewno nietypowo, niebanalnie.


Finisz raczy nas cudownym, głębokim i długo utrzymującym się posmakiem zagęszczonego mleczka z tubki, karmelowo-orzechowego. Gdy teraz, podczas pisania recenzji powróciłam do dawno nieczytanej opinii Kimiko na temat tej czekolady, przy rozpatrywaniu finiszu zapaliła mi się lampka. Tak! Kimiko odnalazła w Femmes de Virunga gęsty sok marchwiowy i dziś myślę sobie, że idealnie wpisuje się on w to, co dla mnie było smakowym mlekiem z tubki wypływającym z wcześniej wyczuwalnego sielskiego bogactwa. Tym bardziej, że marchewka tak wspaniale pasuje do tej "wiejskiej" kompozycji! Ah, aż nabrałam ochoty by powrócić do tej tabliczki i jeszcze raz wybadać owe nuty.

Femmes de Virunga to wspaniała czekolada, doskonale łącząca w sobie łagodność mleka z bogactwem kakao. Zapewnia mocne, lecz bardzo harmonijne doznania, pozwalające pławić się w czekoladowej błogości. Dzięki kobietom z Kongo i szwajcarskim czekoladnikom możemy spróbować... polskiej wsi w najbardziej swojskim i przytulnym wydaniu. Rozkoszna przewrotność!


Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko.
Masa kakaowa min. 55%.
Masa netto: 80 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 589 kcal.
BTW: 8/44/44

piątek, 24 marca 2017

Zotter Softly Falls The Snow biała ryżowo-kokosowa z wiórkami i chipsami kokosowymi z białym dyskiem z cynamonem i olejkiem pomarańczowym


Obiecałam Wam kolejny górski wpis, a tu długo długo nic... Wcale nie zapomniałam! Dziś mam dla Was - tak akurat na zakończenie zimy - pewną iście zimową czekoladę od Zottera, z serii Mitzi Blue, zakupioną jeszcze przed Gwiazdką w foodieshop24.pl. Zniechęcona niepochlebną recenzją Kimiko, Softly Falls The Snow otwierałam z wieloma obawami, ale za to w przepięknym miejscu - nad Małym Stawem przy karkonoskim schronisku Samotnia. Już samo otoczenie plusowało, ale mimo wszystko - paskudna czekolada stworzyła by tutaj nieprzyjemny dysonans. Softly Falls The Snow czekało więc pewne wyzwanie. Swoją drogą, jaka to śliczna nazwa czekolady!

Czekoladę, która tworzyła duży dysk w tej kompozycji znałam już z Labooko Coconut, która nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia. Był to dla mnie mdły wegański wynalazek, stworzony nieco na siłę - a nie pyszna biała czekolada, czerpiąca garściami z dobrodziejstw kokosa i ryżu. W Softly Falls The Snow odebrałam ją jednak inaczej. Była nie tak mdła, przyjemniej słodka, bardziej kokosowa, z posmakiem ryżowego mleka. Być może wrażenie zostało nasilone przez posypkę z delikatnie chrupiących wiórków i chipsów kokosowych. Nie było ich wiele, ale jednak okazały się istotnym dodatkiem. Naprawdę dobrze się ją jadło.



Po dotarciu do małego dysku, spróbowaniu go osobno, a następnie w połączeniu z dużym dyskiem - Softly Falls The Snow zasmakowała mi jeszcze bardziej. Mały dysk to słodziutka biała czekolada, mocno cynamonowa, z muśnięciem pomarańczowego olejku. Błogie, rozgrzewające, milutkie połączenie. Naprawdę, bez wahania zabrałabym jeszcze raz Softly Falls The Snow w zimowe góry. Ucieszyłam się, że odebrałam tę czekoladę inaczej niż Kimiko, choć niewątpliwie jako wadę naszej Mitzi Blue trzeba potraktować długi skład pełen nieczysto brzmiących nut. Na dobre jednak wyszło czekoladzie to, iż nie jest wegańska - prawdziwe mleko zawsze nadaje białej czekoladzie uroku.



Drugiego dnia naszego walentynkowego pobytu w Karkonoszach rankiem opuściliśmy Karpacz, jadąc autem do Szklarskiej Poręby. Stamtąd ruszyliśmy pieszo pustym o tak wczesnej porze szlakiem do na wpół zamarzniętego Wodospadu Kamieńczyka. Tu zrobiliśmy przerwę na niepitą jeszcze tego dnia kawę, którą połączyliśmy z kolejną czekoladą od Zottera. Dalej maszerowaliśmy do schroniska na Hali Szrenickiej, skąd od razu obraliśmy azymut na Szrenicę. W tamtejszym schronisku zjedliśmy drugie śniadanie, by udać się w stronę kolejnego ulubionego miejsca w Karkonoszach - magicznych Śnieżnych Kotłów.



Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, proszek ryżowy (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), wiórki kokosowe 10%, syrop glukozowo-fruktozowy, proszek kokosowy 4% (mleko kokosowe, maltodekstryna), pełne mleko w proszku 3%, chipsy kokosowe 1% (chipsy kokosowe, cukier mascobado, dekstroza, sól), słodka serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, wanilia, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), sól, lecytyna słonecznikowa, cynamon, lecytyna sojowa, olejek pomarańczowy,.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 548 kcal.
BTW: 2,1/41/42

środa, 22 marca 2017

Amedei Cru Venezuela ciemna 70%


 Dziś przedstawię Wam już przedostatnią tabliczkę Amedei z serii Cru (zakupionej w całości w sklepie Sekrety Czekolady). Tym razem przenosimy się do Wenezueli. Włoska manufaktura postawiła na ziarna Trinitario wyhodowane w tym pięknym kraju. Wobec Cru Venezuela 70% żywiłam spore nadzieje - szczególnie po nieudanej degustacji koleżanki z Grenady. Wenezuela to jednak Wenezuela - rodzi cudne kakao, o czym przekonałam się już nie raz (głównie w czekoladach z Criollo, ale czemu Trinitario mogło nie dać popisu? Zwłaszcza, że sławetna Amedei Porcelana okazała się dla mnie po prostu za delikatna).

Cru Venezuela, jak ostatnio wszystkie moje tabliczki Amedei, pokryta była lekkim białym nalotem. Dziwi mnie ów fakt, dotyczący wyłącznie Amedei - pozostałe ostatnio próbowane czekolady nie posiadały takiego nalotu, choć zakupiłam je w podobnym czasie. Cechowała się głęboką, dość ciemną barwą, kojarzącą się ze szlachetnym drewnem.



 Uśmiechnęłam się wąchając czekoladę. Na pewno nie czekała nas powtórka z Grenady. Zapach Venezueli był wyrazisty i złożony, w mnogości nut składający się na obraz bardzo dobrej chałwy doprawionej chili, gałką muszkatołową oraz cynamonem, w której ponadto zanurzono dorodne orzechy.

Zaczyna mnie nieco irytować konsystencja czekolad Amedei. Venezuela, tak jak ostatnio próbowane tabliczki z serii Cru, była dość twarda, znacznie proszkowa i sucha, niezbyt łatwo rozpuszczająca się w ustach. Zdecydowanie więcej przyjemności z samej struktury czerpałam ostatnio choćby przy tłuściutkim Bonnacie (a jednak!). Nie mniej jednak, w przypadku Venezueli warto było mozolnie pracować językiem, przyzwolić na działanie czasu i ciepła - czekolada odwdzięczała się pięknym bukietem uwalniającym się stopniowo, uwodzicielsko. Nie była to jednak kobieta o aksamitnej cerze, a raczej zdecydowany mężczyzna nie lękający się pracy, pachnący wyrazistymi męskimi perfumami, czy po prostu... zdrową męską skórą.



 W feerii mocnych akcentów najbardziej zaskakuje to, jak bardzo czekolada jest... słodka. Naprawdę, słodycz jest na bardzo wysokim poziomie, podsycana jeszcze przez bezową strukturę i posmak, które już zawsze będą mi się kojarzyły z Amedei. Bezowa konsystencja w połączeniu z orzechowo-sezamowymi nutami tym bardziej podsyca skojarzenia z chałwą. W Venezueli odnajdziemy całe mnóstwo orzechów, przeróżnych, w zasadzie trudno stwierdzić, których jest tu najwięcej. Sama mieszam w domu różne rodzaje orzechów, które lubię dodawać do owsianek - Venezuela kojarzyła mi się właśnie z takim miksem. Nad wszystkim jednak zdawał się królować sezam, czy już właściwie sama chałwa. Raz po raz mignął aromatyczny kokos. Kojarzyła mi się też z lekko zawilgoconymi grudami piachu bądź mąki, a także z... ciastem ze zbyt dużą ilością proszku do pieczenia. Podążając dalej tą drogą, biorąc pod uwagę znaczną słodycz - pomyśleliśmy także o pajdzie chleba posypanej cukrem.


 Przez orzechowo-chałwową bazę przebija się soczysty akcent skórek pomarańczy, cytryny i limonki, podkręcający słodycz tabliczki, a także wzbogacający ją w rześką kwaśność. Owo wrażenie przechodziło w ciekawą iluzję trawy cytrynowej. Niebywałego charakteru dodają nuty przyprawowe, przyprawiające Venezueli ziemisto-skórzanego oblicza - tak właśnie zachowały się tu przyprawy i owocowe olejki położone na orzechowej chałwie. Mamy więc wyczuwalne w zapachu chili, cynamon i gałkę muszkatołową. W chili ciekawe jest wrażenie, że nie mamy do czynienia z samą pikantnością, ale rzeczywistym posmakiem paprykowego miąższu.

Beza z chałwą i przyprawami przywiodła na myśl deser, jaki niedawno jadłam w mojej ulubionej poznańskiej restauracji A Nóż Widelec - była to gruszka zapiekana w winie (wspomniałam o niej przy Zotter
Red Wine "Salzberg Beerenauslese"), podana z lodami piernikowymi oraz właśnie chałwą i bezą. Na pewno zapamiętam Venezuelę jako jedną z najbardziej wyrazistych propozycji z serii Cru, kojarzącą się ze zdecydowanym, przystojnym i postawnym mężczyzną, znającym swoją wartość - przyciągającym przez to jak magnes.


Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.

poniedziałek, 20 marca 2017

Zotter Orange Wine "Pinot Gris" mleczna 50% nadziewana maślanym ganaszem z winem Pinot Gris, pomarańczami i jogurtową czekoladą


Ciąg dalszy winiarskich eksploracji z Zotterem! Kolejną nową tabliczką z serii Handscooped, w której austriacki producent ucieka się do zastosowania wina jako głównego bohatera jest Orange Wine. Pomarańczowe wino? Ale że tak naprawdę z pomarańczy? Nie do końca. Pomarańczowe wino to jeden z nowszych trendów w tworzeniu win, choć historia tego sposobu produkcji sięga zamierzchłych czasów. Po prostu teraz powróciło do łask, przez wzgląd na sposób produkcji idealnie zgrywający się z ideą slow food. Moszcz winogronowy bardzo długo maceruje się wraz ze skórkami (nawet do roku!) i to właśnie od skórek wino nabiera charakterystycznej barwy. W naszej czekoladzie użyto wina z białych winogron Pinot Gris, które zostały zaczarowane w formę pomarańczowego wina w Taus w południowej Styrii. Wino leżakowane było w beczkach przez cztery lata, a następnie trafiło do ganaszu okrytego przez delikatną mleczną czekoladę o 50% zawartości kakao.


Swój egzemplarz zakupiłam oczywiście poprzez foodieshop24.pl. Zotter przewrotnie do ganaszu w Orange Wine i tak czy siak dodał suszone pomarańcze, przez co nazwa produktu jest jeszcze bardziej trafna. Bazę ganaszu w dużej mierze stanowi masło - miałam nadzieję, że nie będzie powtórki z Muscaris Grapes! Poza tym znajdziemy w nim również grappę i białą jogurtową czekoladę, no i oczywiście skrupulatnie dobrane przyprawy. Tym razem zabrakło rodzynek - może i dobrze, skoro ich obecność w Muscaris Grapes i tak była fikcją (choć w innych winnych czekoladach Zottera deklarowana obecność rodzynek w składzie produktu nie mijała się z rzeczywistością).


Po przepołowieniu czekolady dojrzałam gładziutkie nadzienie w bardzo jasnym odcieniu beżu. Nad tabliczką unosił się przyjemny rześki zapach - miks pomarańczy, jogurtu, delikatnego wina oraz apetycznej mlecznej czekolady. Zgodnie z moimi oczekiwaniami (tudzież obawami?), ganasz okazuje się być niezwykle maślany. Całość jest tak krucho delikatna, że wręcz rozpada się w rękach. Czy mamy powtórkę z rozczarowującej Muscaris Grapes?

W mojej opinii na szczęście nie. Dla mnie konsystencja nadzienia była dość wciągająca, gdyż w aksamitnej, śliskawej maślaności znalazłam też nieco drobnoziarnistej struktury, a'la galaretka. Bardzo wyraźnie odznacza się jogurtowy posmak. Widać, że Zotter wyjątkowo upodobał sobie połączenie pomarańczy z jogurtem, co nie jest złe, jednak chciałabym spróbować zotterowskiej pomarańczy w czekoladzie w nieco innym wydaniu. Tymczasem fuzja jogurtowej pomarańczy z aksamitno-drobnoziarnistą strukturą nieuchronnie kojarzyło się mojemu Mężowi i mi z gumami Fritt. Gdyby nie było to wspomnienie z dzieciństwa, prawdopodobnie potraktowałabym to jako wadę.



A gdzie wino? Owszem, pojawiają się oczywiste winne posmaki, subtelnie pieszczące podniebienie. Jednakże Zotter być może nieco przeholował tu z nieoklepanym, oryginalnym wydaniem samej pomarańczy - jako takie prawdziwe pomarańczowe wino znajduje się dopiero na dalszym planie. To pomarańcza została umiejętnie wkomponowana między alkohol i jogurt, nie jest to bezpośrednia i kompleksowa interpretacja samego wina. Dobrą robotę wykonała kuwertura z delikatnej mlecznej czekolady, bardzo dobrze komponującej się z ganaszem. Bogatsza w kakao, mocniejsza czekolada stanowiłaby chyba zbyt duży kontrast.

Nie było źle, na pewno smaczniej i ciekawiej niż w Muscaris Grapes. Nie da się jednak ukryć, że bardziej do gustu przypadły mi zotterowskie interpretacje czerwonego wina (wyjątkiem jest wspaniała Sauvignon Blanc). Nie mogę niestety obecnie porównać Orange Wine z Muscat Wine with Grapes (tu recenzja Kimiko), bo jakimś cudem nie zamówiłam jej z foodieshop24.pl...



Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, wino pomarańczowe Pinot gris, syrop cukru inwertowanego, masło, grappa, suszone pomarańcze, odtłuszczone mleko w proszku, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 554 kcal.
BTW: 5,4/37/42